witkowskakatarzyna13 | e-blogi.pl
Taka jakby przeprowadzka 2018-02-23

W związku z tym, że nie mogę wstawiać zdjęć, powolutku przenoszę mojego bloga na inną platformę. Zatem jeśli ktoś ma ochotę zapraszam na https://kasiapiszeowyprawach.blogspot.com póki co, nie pojawi się nic nowego jeśli chodzi o treść natomiast pojawi się dużo więcej zdjęć. W przyszłości planuję relacje, z wypraw, które do tej pory miały miejsce czyli Dania, Francja, Alpy niemieckie, Alpy słoweńskie, Wogezy i sporo pomniejszych po Polsce.


Jak wspomniałam, przeprowadzka przebiega powoli, ponieważ nie ma narzędzi, które by ten proces ułatwiały.


Dziękuję za naprawdę sporą uwagę :) 


Chcę wstawić zdjęcia.... 2018-02-11

...ale nie potrafię. Dwa lata temu nie było z tym problemu. Teraz ni w ząb :( Może ktoś pomoże?


Princess Margaret Rose Cave 2018-02-10

Po sympatycznym noclegu z kangurami i obfitym ciepłym śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Dlaczego piszę o śniadaniu? Otóż dlatego, że po drodze napotkaliśmy tabliczki z napisem „total fire ban”, co oznaczało tyle, że nie wolno nam używać ognia. Przygotowanie zatem posiłku przy pomocy butli gazowej nie wchodziło w grę. Na szczęście miejsce do obozowanie miało dobrze wyposażoną kuchnię. Używanie jakiegokolwiek ognia może zakończyć się grzywną i to taką, że musiałyby ją spłacać jeszcze nasze wnuki, lub więzieniem.


Nie spiesząc się zatem, spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej wyposażeni w nowy przedłużacz. Bo chociaż mieliśmy go oddać, co zresztą chcieliśmy uczynić, i tak byliśmy umówieni, to nasi darczyńcy uznali, że nam bardziej się przyda.


Naszym celem była jaskinia Princess Margaret Rose Cave. Po dniu wcześniejszym mniej więcej wiedzieliśmy czego się spodziewać, to znaczy co mniej więcej zobaczymy i w jakiej cenie. Okazało się jednak, że cena była znacznie niższa, a to co ukazało się naszym oczom wprawiło nas w osłupienie. Jaskinia jest n i e s a m o w i t a. Na końcu jak zwykle będą fotki ale nie odzwierciedlają one tego co tam w istocie zobaczyliśmy.


Jaskinia znajduje się w Lower Glenelg National Park, miejscu z pięknymi pagórkami i wijącą się między nimi rzeką Glenelg. Pospacerowaliśmy tam nieco, posiedzieliśmy nad rzeką, zjedliśmy lody czego można chcieć więcej.


Było bardzo ciepło i duszno. Do tego stopnia, że nasze dzieci widząc zraszacz do traw władowały się na trawnik, żeby się ochłodzić, szalejąc pod nieplanowanym prysznicem.


Choć było nam bardzo dobrze, trzeba było ruszać dalej. Przejechaliśmy jakieś 180 kilometrów i znaleźliśmy się w sporym mieście Warrnamboll, gdzie poszliśmy na obiad. Co mogliśmy zjeść, no ba, nie inaczej jak fish and chips, choć knajpka była prowadzona przez Włochów. Nie zdecydowaliśmy się na jedzenie w tym jakże obleganym miejscu, i jak część kupujących, poprosiliśmy o zapakowanie naszego jedzenia. Pojechaliśmy do miejsca, gdzie kończy się rzeka Hopkins a zaczyna ocean. W tych okolicznościach przyrody z mewami i pelikanami, a także z widokiem na rozbijające się o brzeg fale spożywaliśmy posiłek. To co nas zaskoczyło to dość drastycznie obniżająca się temperatura. Jak się okazało był to początek nieco mrożącej krew w żyłach przygody...


A może by tak... 2018-02-08

Przyszło mi do głowy, żeby od czasu do czasu coś napisać., (no dobra nie mnie, a mojemu mężowi :) ale dojrzałam do tego, że ma facet rację )... dlaczego?


Ano minęły dwa lata od powrotu z naszej wyprawy życia i to co tu wyskrobałam okazało się całkiem niezłym naszym rodzinnym pamiętnikiem, a co za tym idzie cenną pamiątką.


Pamięć okazuje się niebywale ulotna...


Plan jest taki, że na ile pamiętam wrócę nie tylko do tour de Australia ale i kolejnych wypraw, które miały miejsce w ciągu tych dwóch lat, nie tak spektakularnych jak ta australijska ale jednak wypraw. 


Australijskie reminiscencje 2016-01-04

Od 5 grudnia jesteśmy w Polsce i z łezką w oku wspominamy sobie pobyt, a także, a może przede wszystkim tych wszystkich uroczych ludzi, których dane nam było poznać.


Moją opowieść zakończyła się na drugim dniu wycieczki. Szczerze mówiąc powodem niepisania było tylko i wyłącznie zmęczenie. Materiału mam spooro. Tylko jakoś czasu ciągle brak. Musicie mi wierzyć, że było pięknie :)


Dzień drugi 2015-11-26

Dzień drugi. Jako, że wczoraj poszliśmy spać z kurami (tu się pewnie mówi z kakadu) to i wcześnie wstaliśmy. Coś koło 6.30. Następnie stwierdziliśmy, że składanie namiotu i wszystkiego innego zajmuje znacznie więcej czasu niż rozkładanie. Do tego pospacerowaliśmy sobie po okolicy porobiliśmy fotki pelikanom i innym pająkom, i już około południa byliśmy gotowi do dalszych przygód. Wyruszyliśmy w stronę jaskiń w Naracoorte. Jaskinie te stanowią ważną atrakcję turystyczną i były nam polecane przez wielu znajomych. Do wyboru jest kilka opcji. Żeby zwiedzić wszystkie potrzeba dużo czasu i jeszcze więcej pieniędzy. My wybraliśmy jaskinię o nazwie Alexandra. Przewodniczka, gdy dowiedziała się, że my z Polski, zaczęła nam opowiadać o swoim synu, który właśnie jutro się do Polski wybiera, prawdopodobnie w celach matrymonialnych. Potem zaczęła opowiadać o potencjalnej synowej i jej rodzicach. Jak widać rozmowy nie miały wiele wspólnego ze stalaktytami :) Sama jaskinia jest bardzo ładna, choć (jak się później okazało) są w Australii piękniejsze (i tańsze).
Kolejnym punktem w Tour de Australia było małe urokliwe miasteczko Penola. Pewnie byśmy się tam nie zatrzymali, gdyby nie Margaret, moja znajoma z kafejki, która zachęciła nas do odwiedzenia muzeum poświęconego jedynej australijskiej świętej, Mary MacKillop. Czas spędzony w Penoli podzieliliśmy z dziećmi po równo, czyli połowę wytrzymują w muzeum, a połowę my z nimi na placu zabaw :) Muzeum Mary MacKillop jest bardzo ładne, dobrze zorganizowane, choć trafiliśmy do niego dopiero po zasięgnięciu informacji w informacji turystycznej.
Nauczeni doświadczeniami z dnia poprzedniego, postanowiliśmy trochę wcześniej zacząć zabawę z namiotem. Więc zatrzymaliśmy się około dziewiętnastej w caravanparku o nazwie Kywong w okolicach Nelson. Tym samym przekroczyliśmy granicę stanu Wiktoria i zmieniliśmy strefę czasową o pół godziny. Więc teraz różnicę między nami a Polską łatwiej się liczy, bo wynosi dokładnie 10 godzin. Stan Wiktoria jest bardziej zielony od Australii Południowej. Są tu też wielkie drzewa iglaste przy drogach. Za to liczba potrąconych kangurów leżących przy drogach jest taka sama.
Po drodze do Kywong zobaczyliśmy jeszcze Niebieskie Jezioro w Mount Gambier. Jest to jezioro, które wypełnia krater wulkaniczny. I rzeczywiście jest bardzo niebieskie. Ale nie zabawiliśmy przy nim zbyt długo, bo słońce zdawało się być coraz niżej.
Kywong Caravanpark okazał się być miejscem, w którym kangury czują się bardzo dobrze. Skaczą sobie między namiotami, przyglądają się jak rozstawiamy namiot, itp. Nawet niektóre dają się karmić.
Na miejscu spotkaliśmy nielicznych turystów, w tym bardzo miłych Australijczyków Billa z żoną. Starsze małżeństwo lubiące wędkowanie i podróżujące wzdłuż rzeki Glenelg. Bill sam do nas podszedł i zaproponował, że pożyczy nam przedłużacz. My mamy trochę nieporęczne przejściówki między standardem europejskim a innymi. Tu gniazdka różnią się od naszych więc jakoś trzeba sobie radzić. W ramach nawiązywania kontaktów międzynarodowych i szerzenia dobrej sławy polskiej kiełbasy (znaczy kiełbasy kupionej w sklepie z polskimi produktami) poczęstowałam poznanych Australijczyków. Reakcja była oczywista :)


okolica


eukaliptus


pierwszy obóz


okoliczne ptaki


tego już znamy, widzieliśmy w Barossie


wyszedł z jamki na fotkę


A tego jeszcze nie widzieliśmy. Spał pół metra od namiotu.


tutejsze nawadniacze


pod ziemią w Naracoorte


Niebieskie Jezioro


Tour de Australia 2015-11-25

Niedziela. Ostatni dzień naszej adelajdzkiej przygody. Zamiast się pakować na nasz Tour de Australia poszliśmy na spacer. A właściwie pojechaliśmy na spacer do city, a następnie daliśmy się wyszaleć dzieciom na pobliskim placu zabaw. Wszyscy byli zadowoleni. Oczywiście nasze lenistwo poskutkowało tym, że na naszą wielką wycieczkę wyruszyliśmy z "drobnym" poślizgiem. Marcin wynajął samochód w poniedziałek rano i zgodnie z naszym planem mieliśmy wyjechać jak najwcześniej. Ale doszliśmy do właściwego wniosku, że mamy wakacje, a na wakacjach czas liczy się nieco inaczej. A już na pewno nie on nami rządzi :) No i dalsze nasze poczynania podporządkowaliśmy temu wnioskowi. Więc zamiast o dziewiątej rano, wyjechaliśmy z Adelajdy około szesnastej. A po drodze zrobiliśmy użytek z naszego wynajętego pojazdu i pojechaliśmy na drugą stronę miasta, do Salisbury, gdzie zrobiliśmy zakupy i pożegnaliśmy się z Heńkiem, znajomym, o którym kiedyś pisałam. Do tego wszystkiego przy wyjeżdżaniu z Adelajdy spełniałam rolę półnawigatora. Tzn. mamy gps taki w telefonie, ale ja go obsługuję :) Nasza współpraca na początku nie układała się należycie, i efekt końcowy był taki, że zamiast objechać Adelajdę, zwiedziliśmy jej środek raz jeszcze. A co tam, przecież to piękne miasto :) Wyjeżdżając z Adelajdy przez Adelaide Hills widzieliśmy pożar buszu. Zazwyczaj te pożary wybuchają latem, ale ostatnie upały zrobiły swoje.
Jeśli chodzi o plan naszej podróży, to stosuje się do niego podobne rozumowanie jak do czasu. Czyli plan jest sprecyzowany na tyle, że wiemy, że jedziemy na południowy-wschód. A co będzie dalej, gdzie będziemy spać i co jeść, to się okaże. Jak już kiedyś wspomniałam odległości w Australii są ogromne. Pierwszego dnia ze względu na późną porę wyjazdu, przejechaliśmy jakieś 330km, przemierzając bezdroża stanu Południowa Australia. Ten stan jest pusty. O tej porze roku ma kolor głównie żółty i porośnięty jest głównie sianem :) i eukaliptusami. Wyjątek stanowią zielone winnice, które zajmują ogromne obszary. Na zboczach niewielkich pagórków widzieliśmy ogromne stado kangurów, skubiących siano i owiec, robiących to samo.
Na nocleg zatrzymaliśmy się tuż przed zachodem słońca w miejscu, które ma w nazwie kakadu. Jak się okazało później nazwa została wybrana nieprzypadkowo. Mając za sąsiadów kakadu, nie trzeba się martwić, że się zaśpi, bo to niemożliwe. Jeśli miałabym opisać dźwięk jaki z siebie wydają, to nie używałabym słów takich jak trel, śpiew czy świergot. Byłoby to raczej coś w stylu jazgot, darcie dzioba. Ale za to łatwo je zlokalizować. Ciekawe u papug jest to, że z jednej strony mają kolory, które je na drzewach maskują, tak jakby miały jakichś naturalnych wrogów, a z drugiej strony wydzierają się wniebogłosy niwecząc misterny kamuflaż. Tak czy inaczej trafiliśmy w piękne miejsce nad jeziorkiem pośrodku niczego. O tym, że piękne to dowiedzieliśmy się dopiero rano, bo zbyt późno przyjechaliśmy. Miejsce zamieszkują ptaki brodzące, pelikany, kaczki i oczywiście kakadu. A no i jeszcze pająki. Spotkaliśmy kilka fajnych egzemplarzy :) A jeden z nich nawet spędził noc przy naszym namiocie. Był duży, żółty na żółtej trawie/sianie i udawał, że go nie ma. Nasze dzieci spędziły pierwszą noc pod namiotem w swoim życiu i bardzo im się to spodobało. Czy będzie się podobało dalej po jedenastu dniach, zobaczymy...


 


Gołąb australijski


Park w Adelajdzie


W trasie


Winnice Południowej Australi


W trasie


W trasie


Miejsce pierwszego obozowiska


Rozbijamy namiot


Pakujemy się 2015-11-20

Przed nami ostatnie dwa tygodnie, a w tym jedenaście dni namiotowej przygody. Rany ale my mamy wielkie walizki. Jak ja nienawidzę się pakować, właściwie rozpakowywać też nie lubię i tym sposobem wpisuję się w stereotyp wiecznie zrzedzącej baby ;)


Walizki przechowają nam Justyna z Arturem, większość ekwipunku też mamy od nich, czyli namiot, śpiwory, butla z gazem i takie tam. Właśnie udało mi się zgromadzić w jednym miejscu zabawki, które też mamy od nich. No i ostatnią noc przed odlotem też spędzimy u nich, bo w tym czasie bylibyśmy bezdomni. Chyba w ramach wdzięczności za pomoc wszelaką trzeba będzie nowennę pompejańską odmówić, albo coś :)


Dzisiaj też rozmówiliśmy się z Panią Zosią, uroczą właścicielką domku, który kończymy wynajmować. Myślałam, że bęzie to raczej oficjalne spotkanie, sprawdzanie lokum i tak dalej. Dlatego jak Marcin powiedział, że Pani przyjdzie za godzinkę to lekko się przeraziłam. Lotem błyskawicy ogarnełam mieszkanie. Okazało się jednak, że były to raczej pogaduchy o tym jak nam się Ausralia podoba, a jedyna oficjalna cześć to złożenie naszych podpisów w odpowiednich miejscach.


No i co tu dużo mówić, smutno mi jakoś, zostałabym jeszcze...


Ciepło 2015-11-19

Ciepło, oj cieplutko się zrobiło. Jeśli wierzyć komunikatom pogodowym, to wczoraj temperatura, po raz pierwszy od naszego przyjazdu, przekroczyła 40 stopni


Pojawiły się, pierwsze komunikaty ostrzegające przed pożarami w parkach narodowych i innych terenach objętych ochroną. Brzmi to dość groźnie, ale tak jest co roku, co więcej eukaliptusy, podobno nie byłyby w stanie się rozmnażać, gdyby nie było pożarów, tak słyszałam, jeszcze tego nie sprawdziłam.


Tak płonie tutejszy busz


Kilka fotek z niedzieli 2015-11-18

Kazuar


Kazuar


Głodny emu


Głodne i głośne papugi


Ibis


jeść daj jeść


ślicznotka


Tak będę leżał


nietoperz albo nietoperzyca


jaszczur i ysia


krokodylek


pisklątko


pięknie tu


pięknie tu


kangur na plaży


sucho


 


I jeszcze małe sprostowanie, punkt widokowy Yankalilla upamiętnia statek HMAS HOBART a nie statek wielorybniczy Lilly.


:)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]